Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pracownik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pracownik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 listopada 2009

Prawdziwy rynek pracy w Internecie

Przeglądając, co rano, ogłoszenia o pracę, umieszczane na tradycyjnych portalach internetowych, zauważyłem rzecz znamienną: są one statyczne i giną w morzu innych, podobnych ogłoszeń.


Typowy ogłoszeniodawca nie tyle szuka pracy, co uspokaja swoje sumienie odbębniając publikację zawodowego anonsu i czekając potem – trochę jak na zmiłowanie, – że ktoś „łaskawie” to ogłoszenie wykopie z podziemi i się nim zainteresuje. Szanse na to zazwyczaj sprowadzają się do pierwszych 2 godzin, gdy ogłoszenie to, jako świeże znajduje się wysoko na stronie głównej portalu.

Zastanówmy się, bowiem, jaki sens dla pracodawcy czy zleceniodawcy (roboczo proponuję te terminy traktować równoważnie) ma buszowanie po bezkresach sieci i łowienie złotej rybki w mętnej wodzie, gdy przecież sam może swoją sieć (sak) założyć. I tak się zazwyczaj dzieje. Zamiast czytać niezliczone ilości ogłoszeń w różnych miejscach, publikuje własne ogłoszenie z cyklu „szukam pracownika” i czeka, aż sami chętni się zgłoszą. I trzeba przyznać, że jest to działanie naturalne, gdyż w świecie niedoboru pieniędzy wciąż jest o niebo większy niedobór pracy niż pracowników.


Schody dla pracodawcy zaczynają się jednak później, po publikacji ogłoszenia, gdy już ta setka (albo pięć setek) ofert do niego spłynie.

Bo jak z mrowia chętnych wyłuskać tego właściwego? Jak odnaleźć tego najbardziej fachowego, zaangażowanego, kompetentnego i doświadczonego pracownika, który przyjmie zaproponowaną formę umowy (i wynagrodzenie) a potem jeszcze sobie z robotą poradzi?

Jak trafić w dziesiątkę bez pudła, zwłaszcza, że to „pudło” jest wyjątkowo kosztowne?

Na podstawie CV i chwalenia się samego zainteresowanego w liściku reklamowo-motywacyjnym? – Wolne żarty!



Wśród wielu możliwości są w zasadzie tylko dwa, w miarę skuteczne sposoby na zmierzenie się z tym problemem:

1.      Wynająć zawodowego analityka (czyli headhuntera), który stosując sprawdzoną metodykę, przeczesując rynek i podejmując szeregi innych działań – od badania podanych faktów począwszy, a na cyklu rozmów i analizie psychologicznej skończywszy – przedstawi nam właściwego kandydata i jeszcze da gwarancję, że się sprawdzi (jeśli nie to następna rekrutacja za darmo).

2.      Dotrzeć do opinii ludzi, którzy znają osobiście kandydata na pracownika i/lub kosztowali owoców pracy, którą dla nich wykonał. Czyli, szukając tych z najlepszymi i wiarygodnymi referencjami.

 

Pierwsze rozwiązanie jest jednak zazwyczaj bardzo kosztowne i długotrwałe, dlatego powszechnie stosowane tylko wśród wielkich korporacji, bogatych pracodawców lub gdy od właściwej obsady wakującego stanowiska zależy pozycja pracodawcy na rynku albo wielkie pieniądze. Jeśli chodzi o rozwiązanie drugie to.. Bąbka! Statyczne ogłoszenia ludzi szukających pracy zazwyczaj nic nie mówią o referencjach, nikt ich autorów nie rekomenduje, nie komentuje i nie ocenia. Podobnie z nadsyłanymi na ogłoszenia aplikacjami. Są wiarygodne tylko w niewielkim stopniu. Byli pracodawcy są zazwyczaj wymieniania ogólnie (nazwa firmy) bez kontaktów e-mailowych lub telefonicznych do byłych szefów. Zresztą, gdyby nawet były, jaki interes, system lub zależność wpływałyby na ich chęć rozmowy o delikwencie i udzielenie (często konkurencji) szczerej informacji. Oczywiście, do samych CV nigdy przenigdy nie są podpinane referencje, opinie i inne dokumenty stanowiące dowód faktycznej aktywności zawodowej aplikującego



 


Konsekwencją takiego stanu jest, że bardzo często Ci najlepsi, najbardziej wiarygodni, rzetelni, pracowici i obowiązkowi przepadają w morzu tych najgładszych (ach ta dobra fotka), obytych, cwanych tupeciarzy z dobrze opanowaną sztuką autopromocji i umiejętnością upadania na 4 łapy.

Tym sposobem docieramy do sedna.

Jeżeli nie ma powszechnie takich mechanizmów kulturowych i operacyjnych, które działają jak poczta pantoflowa na wiosce („najlepszym murarzem jest Łysy Józio, popytaj Zawiślaków, on u nich budował”), a byłyby one korzystne zarówno dla szukających pracy jak i pracowników – to należy je stworzyć.

I to jest właśnie geneza powstania Serwisu Społecznościowegowww.hey-ho.pl – Praca, Pracownik, Pracodawca.


 


Postanowiliśmy stworzyć system, który zniweluje niedobór polecanych pracowników i sprawdzonych pracodawców. Który zachęci szukających pracy do czynnego wykazywania swojego przygotowania zawodowego i swojej aktywności, poprzez zdobywanie wiarygodnych referencji oraz ciągle działanie na rzecz poprawy swojego wizerunku i wyróżniania się na tle innych. Mechanizmy działające hey-ho.pl generują taką aktywność w najprostszy z możliwych sposobów – ona się zwyczajnie opłaca. Przy tym pracownik ma możliwość zadbania, by przyszły pracodawca poznał go z wielu stron - bo w końcu nie wiadomo, jakich cech oczekuje najbardziej – dlatego kolekcja rekomendacji, opinii i komentarzy nie jest ograniczona tylko do byłych zleceniodawców, ale może być gromadzona z całego środowiska, w którym szukający egzystuje, od znajomych, rodziny i współpracowników. Przyszły pracodawca, nie musi już strzelać licząc na łut szczęścia lub wiedzę doświadczonych (acz drogich) konsultantów HR, bo otrzymuje od nas – twórców i użytkowników hey-ho.pl  - lunetę, dzięki której może szybko, podczas szukania, prześwietlić każdego kandydata, czytając opinie o nim lub pytając o niego tych, którzy będąc w jego otoczeniu, najwięcej o tej osobie wiedzą. Dzięki temu minimalizuje ryzyko i nie naraża się na „kosztowne pudło”. 


 Serwis Społecznościowy www.hey-ho.pl jest właśnie takim narzędziem. W dodatku narzędziem wyjątkowym i nigdzie indziej nie spotykanym, w którym promowana jest tylko dobra robota.




Wykorzystajcie, więc to, że ON powstał, że działa, rozwija się i przystąpcie do społeczności fachowców, którą buduje.


A gdy już w hey-ho.pl będziecie (jeśli jeszcze nie jesteście) i bardzo wam zależy na pracy, to bądźcie aktywni. Szlifujcie swoje ogłoszenia i przyglądając się oczekiwaniom pracodawców oraz działaniom konkurencji doskonalcie je – każda taka zmiana premiowana jest obecnością na Stronie Głównej. Twórzcie powoli acz systematycznie swoje społeczności. Otaczajcie się znajomymi, współpracownikami i ludźmi, dla których kiedyś jakąś pracę wykonaliście. Jeżeli faktycznie jesteście tacy dobrzy, profesjonalni i komunikatywni jak piszecie w ogłoszeniach lub CV, to nie spotkacie się z odmową przyjęcia zaproszenia do hey-ho.pl. Każdy chętnie przyjdzie by zrobić coś dla serdecznego znajomego, kolegi-wspólnika czy wykonawcy, z którego był zadowolony. Ich oceny będą, bowiem o was bardziej świadczyć niż wasze własne słowa, wypowiadane lub pisane na swój temat. Będą też świadczyć o opiniującym, zwłaszcza, że złożone opinie można przecież skomentować. Nie Internet nawet, ale życie uczy, że wykonawca pracujący dobrze, nie tylko łatwiej pozyska referencje, lecz także szybciej znajdzie kolejne zlecenie.


 


Polacy to nie samobójcy – lubią korzystać z kontaktów sprawdzonych. I każdy z nas szanuje osoby, które nie tyle liczą na łut szczęścia ile ciężko i wytrwale pracują na swój sukces. To rynek, w którym musi przegrać statyczny chwalipięta, który pięknie się ogłosił i… poprzestał na tym


Drodzy szukający pracy, środków do życia, dodatkowych pieniędzy lub drogi wyjścia z marazmu: Wasza aktywność na hey-ho.pl stworzy taką jakość, że wielcy pracodawcy, inwestorzy budowlani, zleceniodawcy, klienci i szukający fachowca coraz chętniej zaczną zaglądać do www.hey-ho.pl i widząc, jakim jest źródłem informacji coraz częściej zaczną z tego serwisu korzystać.Masz problem, bo nie masz teraz wiele zleceń ani byłych kontrahentów, którzy przeproszą się z Internetem by zarejestrować się w hey-ho.pl i Tobie wystawić komentarz?Nic prostszego, trzeba się przełamać i uaktywnić się po to, aby pochwalić się jakością swojej pracy i referencje zdobyć.Świadcz usługi drobne, pomocy sąsiedzkiej, pomagaj nieodpłatnie, jako wolontariusz lub zrób ko mus przysługę za przysługę. Wykorzystuj wszelkie możliwości i oferty prac dodatkowych by budować swój marketing.


W hey-ho.pl nie ocenia się, bowiem pracochłonności (choć można o wielu sprawach napisać w komentarzu), komplikacji zlecenia ani wynagrodzenia, jakie uzyskałeś lecz: Jakość wykonanej pracy, terminowość i poziom zadowolenia zleceniodawcy.Szukajcie, zatem pracy czynnie, nie wpadajcie w stan chandry i tumiwisizm, naprawcie sąsiadce pralkę, wbijcie gwóźdź, napiszcie odpowiedź na kolejne roszczenie telekomunikacji lub zróbcie inny drobiazg, a potem, poproście o opublikowanie oceny na www.hey-ho.pl.Pomagajcie (pomagajmy) sobie wzajemnie, w swoim otoczeniu lub nawet wśród społeczności hey-ho.pl by budować swój dobry PR i tworzyć sobie port folio referencji. A zainteresowany pracodawca, z pewnością zechce (coraz częściej) z tych referencji skorzystać. 


To, co proponujemy to wyjątkowy marketing wirusowy dotyczący każdego użytkownika www.hey-ho.pl . Nic nie działa tak skutecznie jak łańcuszek poleceń. Nic nie rozprzestrzenia się tak wielotorowo i zaskakująco jak poczta pantoflowa. A gdy ten łańcuch polecanek i tą pocztę pantoflową zaimplementujemy do sieci internetowej, to wspólnie stworzymy nowoczesny i nieograniczony rynek dobrej pracy, na którym skorzysta każdy, który wykonuje swój zawód wzorowo. Skończy się tym samym konieczność (z braku innych danych) koncentrowania się pracodawców na przesłankach drugorzędnych, gładkich ścieżkach kariery i śliczniutkich życiorysach).


Przyszły pracownik to nie przyszły mąż by był potrzeba interesować się, jakie kłopoty życiowe przechodził 5 lat temu – bo w CV luka. Każdy szef, który szybko będzie chciał znaleźć najlepszego i sprawdzonego pracownika, będzie czytał opinie o jego pracy, oceniał jego aktywność zawodową, zaradność, zmotywowanie i szukał odpowiedzi dotyczącej jakości jego pracy. Będzie miał, bowiem do tego narzędzie (www.hey-ho.pl) i całą jego społeczność. Czym większa i bardziej prężna społeczność, czym pełniej to narzędzie wykorzystuje tym większy i wiarygodniejszy będzie ten rynek rekomendowanej pracy.A zatem bądźmy pełni aktywności, rzetelni i wytrwali a staniemy się diablo skuteczni, osiągniemy nową jakość oraz osobiste sukcesy.


Czego wszystkim poszukującym pracy i użytkownikom serwisu www.hey-ho.pl życzę.


 



 


PS. www.hey-ho.pl jest autorskim projektem non-profit, wdrażanym przez organizacje pozarządowe, czyli Fundację Aktywizacji Zawodowej TRUCKER (w której gratisowo działam) i jej partnerów społecznych, z udziałem grupy blogerów. Mam więc nadzieję, że możemy liczyć na współprace i wsparcie Interrnautów oraz pomoc braci blogerskiej w propagowaniu tego prospołecznego i niekomercyjnego rozwiązania.Ludzie potrzebują pieniędzy i oszczędności dzięki dostępowi na sprawdzonych fachowców. My dajemy im wędzisko, by obydwie potrzeby mogli realizować. Bo www.hey-ho.pl jest platformą przeznaczoną dla najlepszych i najbardziej potrzebujących.


hey-ho.pl wspierają:


1.      Pracownia Alternatywnego Wychowania http://www.pawlodz.org/


2.      Stowarzyszenie Pomocy Samotnym Matkom "Pozwól żyć" Oddział w Warszawie www.mamasama.most.org.pl


3.      Środkowopolska Fundacja Pomocy Ofiarom Wypadków Komunikacyjnych w Warszawie


4.      Europejska Fundacja Integracji Społecznej www.efis_eu.free.ngo.pl


5.      ICTAS - Środowisko Zarządzania Projektami  


trochę firm, wiele osób fizycznych i ja. 


Dołączcie do nas

niedziela, 8 listopada 2009

Tak zwana "aktywizacja zawodowa" to najcześciej czysta ściema.

Tak się składa, że od pewnego czasu zająłem się (non-profit) tematem aktywizacji zawodowej osób wykluczonych z rynku pracy. Rozpoczęła się kwerenda w Internecie i organizacjach pozarządowych pt. jak też działają nasi działacze i urzędnicy by ludziom pomóc w ciężkich czasach. Warto to wiedzieć, bo w zasadzie nie wiadomo, kiedy na kogo przyjdzie kolej. Wbrew, bowiem hurra-optymistom z rządu wcale nie wychodzimy z kryzysu, tyle, że bezwładność biznesu w sprawach pracowniczych jest tak wysoka, że dopiero teraz zaczyna sie cięcie kosztów pracy na całego.


To normalne, bo jeśli coś zakontraktowane to chodzi, pracownicy mają co robić, produkt powstaje (lub usługa) i jest odbierany. Następnie przychodzi okres czekania na wynagrodzenie. Kontrahent zazwyczaj miał rezerwę wcześnie, kredyt celowy lub po prostu zależy mu na dostawcy, który jest w tzw. „pierwszej kolejności odśnieżania”. Kryzysowa fala idzie po kolei, najpierw od odbiorcy finalnego. Ten musi najpierw odczuć zmianę na gorsze by zacząć myśleć o oszczędnościach. Gdy juz oszczędza to nie kupuje - zaczynają obrywać detaliści. Po detalistach dopiero hurtownicy, a po nich (z kolejnym opóźnieniem) transportowcy i producenci. Gdy juz dojdzie do producentów - którzy są najwięksi - pojawiają się pierwsze zatory płatnicze. Na początek producent sobie radzi płacąc podwykonawcom i swoim dostawcom z opóźnieniem oraz mniej zamawiając na przyszłość. Potem kryzys dotyka pracowników działających na umowę zlecenie - wszystko po to by odwlec awanturę ze związkami zawodowymi, nie pakować sie w ferment personalny oraz nie dawać klientom i inwestorom sygnału, że dzieje się źle. Jednak, gdy sytuacja się nie polepsza zaczynają się zwolnienia. Tak się składa, że znam sporo ludzi z największych molochów w Polsce. U nich właśnie zaczął sie ten etap. Zaczynają mieć kłopoty ludzie starsi, wracający po chorobach, kobiety po urlopach macierzyńskich i wszyscy ci, którzy mieli umowy na czas określony i którym one po prostu mogą nie zostać przedłużone.

Nie ma pracy to nie ma pieniędzy. Pojawia się, więc na rynku coraz więcej osób sfrustrowanych, zagubionych w nowej sytuacji, niezaradnych (gdyż do tej pory przez 10 lat pracowali na stanowisku) i którym zaczyna brakować środków na kredyty, pociechy (wyprawka do szkoły) i jedzenie. Pracy w ich zawodach wyuczonych i wykonywanych wcześniej brakuje. Potencjalni pracodawcy wczoraj rozwijający się i szukający ludzi na rynku przetrzebionym przez „wyjazdy brytyjskie” dziś sami kombinują jak się utrzymać, przeczekać i niepozbywać się najwartościowszego personelu. Gdy do tego dodamy zapowiadane przez media czystki w urzędach (podobno 30 tyś. urzędników ma wylecieć na bruk) to sytuacja robi sie dramatyczna.

W takich okolicznościach wszelkie pomysły aktywizacji zawodowej nabierają niebywałego znaczenia. I co tu dużo mówić, aktywność w tej materii zarówno urzędów pracy jak i organizacji pozarządowej staje sie niebywale potrzebna. Żeby jednak była skuteczna potrzebne jest wsparcie rządowe dla projektów najbardziej kreatywnych i nie tyle nastawionych na tradycyjne szukanie pracy stałej ile na wykorzystaniu wszelkich możliwości by społeczeństwo mogło przetrwać zarabiając doraźnie, dorabiając sobie lub wykonując roboty chałupnicze (tanio, ale dobrze).

Tymczasem niestety wciąż mamy do czynienia z jednym wielkim picem. Nie liczy sie, bowiem kreatywność i rzeczywista pomoc, ale możliwość sięgnięcia po pieniądze unijne. Najlepiej z Programu Kapitał Ludzki. W tym sęk jednak, że cały program skrojony był na inne czasy, inne okoliczności i przez ludzi, którzy mają mierne pojęcie o prawdziwych kapitalistycznych problemach. Stąd najczęstszym sposobem tzw. aktywizacji jest szkolenie. Na szkolenia Unia kasę daje chętnie. Tyle, że te szkolenia: z pisania CV, z umiejętności prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych, z sztuki prezentacji i prawnych aspektów otwierania działalności gospodarczej są teraz o kant dupy potłuc. Co daje piękne (graficznie) CV, gdy nikt na umowę o pracę nie zatrudnia? Co daje świetna prezencja, gdy nie ma pracy w tym zawodzie? Wszyscy udają, że pomagają i chwalą się potem, że pomogli, bo „przedtem tylko 10% mówiło, że wie jak szukać pracę, a teraz aż 33% mówi, że już wie”. Natomiast ile osób było na bezrobotnym tyle zostało, ile osób nie miało pracy tyle nie ma, ile osób nie zarobiło tyle dalej jest bez pieniędzy. Pieniądze zazwyczaj są, ale tylko z dotacji unijnej na dana organizację. Prawdziwa aktywizacja jest - owszem, ale tylko wśród trenerów i szkolących. Szczerze mówiąc dobre i to.

Najlepsze w tym wszystkim, że najmniej winne są stowarzyszenia i fundacje, które sięgają po ta kasę. Po prostu, kasa jest do wzięcia, więc kroją „projekt” pod zapotrzebowanie konkursu i sztampę dystrybutora dotacji.

Tymczasem oprócz huków medialnych i coraz lepszych wyników w kwestii „wykorzystania funduszy unijnych” żadnych realnych sukcesów w aktywizacji zawodowej i polepszenia sytuacji bezrobotnych zaobserwować się nie da. Bo nie może się dać. Bo to nie żadne leczenie. To znachorskie sztuczki nie leczące nawet objawów. Nos pijaka przestaje być po tym wprawdzie czerwony, ale tylko dlatego, że staje się fioletowy.

Proponuję, niech sobie Unia w rzyć wsadzi ten sposób dystrybucji pieniędzy, bo tylko utrwala on beznadzieję, brak zaradności i produkuje rzeszę kolejnych klientów pomocy społecznej. Jeżeli już ta kasa jest niech trafia do podmiotów które, potrafią zaskakiwać kreatywnością, niech może być rozdysponowana na poczet bzdurnych obciążeń początkującego przedsiębiorcy typu ZUS i podatek dochodowy (komu jeszcze potrzebny ten hamulec, wystarczy VAT który rośnie wraz z obrotem).

Mam dobry biznesplan i chcę zatrudnić jeszcze trzy osoby, niech dostanę kasę na zusy, srusy, podatki, opłaty i płace przez pierwsze pół roku (a nie zakup komputerów, które teraz i tak każdy ma w sypialni). Niech bezrobotny dostanie tego rodzaju mozliwość a wielu (niezawodowych bezrobotnych) sobie poradzi: hej-ho i do przodu!

Niech przyznający dotację ma możliwości dokonania oceny i inwestowania tam, gdzie jest szansa na cokolwiek. Chce UE naprawdę pomóc w kryzysie to zamiast pompować kilotony eurusiów w banki niech rozluźni cugle tzw Programowania 2007-2013. A madry rząd powinien już dawno o to wnioskować. Bo inaczej, proszę państwa, wzbogaci się tylko portal Allegro. Gdyż żyć bez książek i drugiego telewizora się da, a jeść trzeba.

poniedziałek, 21 września 2009

Koszmar bez pracy na czarno

Wydawałoby się, że gdy nadchodzi kryzys to zarabiać nie jest łatwo.

I jest to w pewnym sensie prawda, jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko oficjalny rynek pracy i obciążenia z jakimi muszą się liczyć pracodawcy oraz kłopoty zwalnianych pracowników.

(A wierzcie mi że, znam je od podszewki)

Na szczęście Fiskus, ZUS, Policja i inni strażnicy z ramienia Lewiatana nie są wszechmocni.

Dzięki temu istnieje coś takiego jak PRYWATNE DORABIANE SOBIE - ochrzczone przez Prawnego i Medialnego Kapo Państwowego „pracą na czarno”.

Bo cóż innym w zasadzie jest ten straszny Czarny Twór jak nie emanacją inicjatywy prywatnej tam, gdzie danina publiczna jest zbyt wysoka a administracja państwowa zbyt zaborcza?

Powiedzmy, że sąsiad nasz jest doskonałym majsterkowiczem, a my właśnie potrzebujemy niewielką półeczkę do kuchni, tak dopasowaną by mieściła się pomiędzy szafkami a ścianą okienną. Idziemy do sąsiada i mówimy: drogi Kaziu, potrzebuje półeczkę a byle stolarz chce za nią 150 złotych, nie zrobiłbyś mi niej za 5 dych?
Sąsiad na to: oczywiście Tomku, zrobię, mam czas w sobotę, pomierz wszystko, rano pojedziemy, kupimy kawałek jesionu i w ciągu 2-3 godzin Ci trzasnę. Sąsiad robi, my mu płacimy i obydwaj jesteśmy zadowoleni. Ja - że oszczędziłem stówkę i miło spędziłem czas z sympatycznym sąsiadem (wychylając też deczko), Sąsiad - bo wpadło mu 50 zeta za to, co lubi robić, mógł być pomocny a przy okazji spędził czas ze swoim sąsiadem (wychylając deczko).

Podobnie będzie, gdy sąsiadka lub ciocia uszyje firanki, znajomy Pan Stefan przywiezie tanio meble z IKEI a ja będę mógł napisać kumplowi pozew o zapłatę.

Wydawałoby się, że normalka, zachowanie typowe i nie ma sprawy. Ale nie! Zgodnie z interpretacją Izb Skarbowych właśnie popełniliśmy przestępstwo, bo: nie zapłaciliśmy podatku za tą transakcję, natomiast według ZUS i Ministerstwa Pracy popełniliśmy przestępstwo pracy na czarno, nie ponosząc wymaganych kosztów ubezpieczeniowych i nie podpisując, co najmniej, umowy o dzieło. A gdyby nie daj Bóg sąsiad jeszcze był bezrobotny, to przestępstwo nasze staje się mega przestępstwem, bo o podjętej pracy dla mnie nie wiedział Urząd Pracy i nastąpiło „wyłudzenie” zasiłku przez usłużnego sąsiada.

Reasumując sprawa powinna wyglądać tak:

- Sąsiedzie, zrobisz mi półeczkę na umowę o dzieło?
- Bardzo chętnie, ale że muszę zapłacić podatek i zgłosić sprawę do ZUS, to będzie to kosztowało 350 zł.
- Jak trzysta pięćdziesiąt, gdy stolarz „z ulicy” bierze 150?
- A... ale on ma działalność i podatek płaci zryczałtowany a ZUS musi płacić tak czy siak.
- To ja dziękuję.
- Proszę, i następnym razem nie przychodź z takimi durnymi propozycjami.
- Bujaj się.

Natomiast, gdy Sąsiad bezrobotny dialog byłby krótszy:
- Sąsiedzie, zrobisz półeczkę na umowę?
- Chyba żartujesz, żebym stracił zasiłek? Wali Cię?!
- Bujaj się.

Koniec końców przyszedłbym do domu i darował sobie tą całą, cholerną półeczkę, lub ją zrobił, zapewne krzywo. W domu byłby dym i nigdy bym juz nie miał takich głupich zapędów by cokolwiek palcem dotknąć, co do mnie nie należy. Oczywiście, gdyby teraz Sąsiad przyszedł prosić o pomoc w napisaniu odwołania podsumowałbym go lepiej niż jakiś adwokacina.

Sąsiad by się nie odwołał właściwie i sprawę przegrał, my byśmy sobie przestali mówić „dzień dobry”, przestali zważać na złodzieja i "światło w piwnicy" ale za to Państwo byłoby szczęśliwe, bo do przestępstwa, wyłudzeń i pracy na czarno nie doszło.

Szczęściem, ludzie zazwyczaj mają zdrowy rozsądek, pomagają sobie, świadczą bez podatku usługi, w których są dobrzy i wykonują odpowiednio dużo tzw „pracy na czarno” by mieć, za co żyć, za co nabywać towary obciążone VATem i przy okazji utrzymywać, ze sobą przyjazne stosunki.

Więc gdy słyszę o chorych pomysłach fiskusa by opodatkowywać pomoc sąsiedzką i tępić tzw „pracę na czarno” w kraju, który zarzyna nas daninami, coraz mniej za to dając, to się w głowę pukam i ze śmiechu pękam.

Takie pomysły organu państwowego, w czasach gdy już nie tylko na sąsiada możemy liczyć, ba, nie tylko na krewnego i znajomego królika, ale na każdą osobę poznaną w internecie: wzietą z ogłoszenia lub fachowca zapoznaznanego na naszym ulubionym portalu społecznościowym (ja polecam hey-ho.pl - startuje od 25 września br.), są po prostu nie życiowe, głupie i śmieszne.

Miejmy prawo do pomagania i dorabiania sobie, bez znoszenia obcych łap w naszych kieszeniach. Korzystajmy zatem z naszych umiejętności oraz talentów i dorabiajmy sobie gdzie możemy. Dzieki tak nawiązanym kontaktom, żadna strata pracy, żaden kryzys nie będą nam takie straszne.

A teraz muszę kończyć, bo Sąsiadka z dołu zaprosiła mnie na doskonałą naleweczkę z pigwy, domowej roboty. Bez akcyzy.